Przejdź do głównej zawartości

Co mi daje szycie? Czyli dlaczego dalej szyję, pomimo braku talentu.


 Od założenia bloga minęły prawie dwa lata. Szyłam, troszeczkę już wcześniej i interesowałam się robieniem DIY. Jednak przez te dwa lata prawie nie zrobiłam, żadnego postępu. Dwa ostatnie smętne posty są o tym, że sama nie wiem po co właściwie szyję. Szczerze sama nie pamiętam co tam napisałam i nie mam zamiaru czytać tego jeszcze raz. Po pierwsze, czytanie własnych tekstów to dla mnie męka. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że to niełączna strona pisania. Jednak jestem w końcu szalona, ok :D? 
 Być może to jeden powodów „śpiączki” bloga. Myślę, że głównym jest również brak systematyczności, wizji i nie oszukuję się braku talentu. 
Po raz n-ty jednak próbuję i chyba teraz wiem w, którą stronę pójść. Bo chyba w końcu przypomniałam sobie, tak naprawdę po co szyję. I o tym będzie ten post.



Krawiectwo to dziedzina tak naprawdę bardzo trudna. Szycie w zaciszu domowym jest coraz bardziej modne, a blogów o szyciu przybywa i to świetnie.
 Modzie tej uległam również ja. Co prawda od dziecka poza byciem „piosenkarką rokową jak Jenifer Lopez” chciałam być też projektantką. Już wiem, że projektantką jednak nie będę.
 Kiedy zobaczyłam w swojej szkole plakat MDK-owskiej pracowni kroju i szycia pierwsze co zrobiłam po szkole to tam zadzwoniłam. Były jeszcze miejsca, cena na moją kieszeń. Byłam rozradowana. Już wcześniej miałam styczność z maszyną. Był to Łucznik mojej mamy, usiadłam kiedyś do niego, ale nie wiedziałam z czym to się je i jakoś go zostawiłam.
 Na pierwszych zajęciach omawiałyśmy przepisy BHP i obsługę maszyny. Chyba nie robiłam tego źle. Zajęcia okazały się oczywiście grupowe i trochę za tą grupą nie zażądałam, szyłyśmy wtedy kosmetyczkę, jednak skończyłam ją i mam ją do dziś!

Potem, sama już nie pamiętam dlaczego przestałam chodzić. Jednak po paru miesiącach postanowiłam wrócić i spróbować jeszcze raz. Grupa poszła już do przodu, każda dziewczyna mogła szyć już co chcę. W takim razie, choć dobrze nie pamiętając jak nawlec nitkę na maszynę postanowiłam uszyć sukienkę. Szyłam ją dobre dwa miesiące, z pomocą Pani prowadzącej zajęcia, na uroczym, ale strasznym jakościowo materiale. Tak to ta sukienka z pierwszego posta. Przyznam, że leży do dziś na mnie dobrze i uwielbiam te kotwice, jednak powinnam zacząć od czegoś prostszego np. poszewki na poduszkę.

 W miedzy czasie uszyłam jakąś ekotorbę, potem plecak no i zaczęło mi się wydawać, że jestem już w tym naprawdę świetna. 

I robię kolekcję! Oczywiście, była we mnie jakaś doza obiektywizmu, postanowiłam ją zrobić z koleżanką z zajęć, ja zrobiłam dwie sylwetki.  Spokojnie, nie jestem aż taka pesymistką. Do dziś wspominam bardzo dobrze dzień pokazu i jego przygotowania. No tak, tylko po tym prawie że postanowiłam od razu założyć bloga.

Zdjęcie:  Co też w cale nie jest złe! Blog to fajna sprawa, jak już wspomniałam, pisać będę go dalej (mam taką nadzieję). Chodzi mi bardziej o to, że porwałam się za coś, nie znając dziedziny nawet w połowie. Raz był to blog o samym szyciu, potem o modzie i szyciu, potem miał być o modzie. No i w końcu. Nic. wielka czarna rozpacz i wrażenie, że coś mi się nie udało i zrobiłam źle.
 Pisząc to uśmiecham się serdecznie do dziewczyny, która widzę na zdjęciach. To nie jest już ta sama dziewczyna. Pod wieloma względami, ale skupmy się na tych szyciowo-blogowych. Bo po mimo, tego jak zrobić formę na spódnicę, lub uszyć bluzkę dzięki szyciu nauczyłam się, lub ciągle uczę wielu pozytywnych cech. 

WYTRWAŁOŚĆ
Znacie jakąś inną osobę, która robiłaby coś, pomimo porażek przez dwa lata? Szczególnie ostatnie miesiące dały mi w kość. Miałam wrażenie, że walę głową w mur. Jednak przywiązałam sie juz tak do pracowni kroju i szycia, że nie byłam w stanie zrezygnować. No i nie miałbym serca zostawiać maszyny w motylki, (prezent na 18-natkę) która jest moją miłością, pomimo małych wad.

CIERPLIWOŚĆ
o cecha, którą ciągle przyswajam i ćwiczę, jednak widzę różnicę, co do ostatnich miesięcy. Kiedyś potrafiłam pociąć = zmarnować (bez niczyjej pomocy i najczęściej bez wykroju) materiał, na który miałam konkretny pomysł i, który mnie trochę kosztował. Teraz czekam do zajęć i na razie w domu staram się robić na prawdę drobne rzeczy.

DOKŁADNOŚĆ
To cecha, która nigdy nie była i pewnie nie będzie moją mocną stroną. Sprawdzenie, czy nitka dolna jest założona poprawnie? Czy materiał się zgadza i na pewno nie zaszywam lewej strony prawą? No i brak obliczenia zaszewek, tylko 'na oko'. No cóż wtedy trzeba pruć, albo wyrzucać. Jednak ciągle to ćwiczę i wiedzę w tym sens i staram przekładać się to też na życie.

KREATYWNOŚĆ
Tu akurat nie mam większych problemów. Rozwiązania jakoś same się znajdują, mam nadzieję, że uda mi się to udowodnić w niedalekiej przyszłości na blogu. Dzięki temu, wiem, że nie zmarnowałam czasu i rozwinęłam coś w czym jestem dobra.

CZYSTA SATYSFAKCJA
Kiedy, coś wychodzi, chociażby równy szew, albo ostatnio torba, szyta na maszynie przemysłowej no dobra jeszcze do końca nie skończona.


Prawdziwą krawcową z własnym zakładem, raczej nigdy nie zostanę. Nie ma tu żadnego konkursu, żadnej rywalizacji. To co robię sprawia mi po porostu przyjemność i dzięki temu wiedzę, że rozwijam się na wielu płaszczyznach. Na sam stukot maszyny serce szybciej bije. To chyba jednak miłość?  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wyzwania szalonej, bo tak naprawdę jeszcze nie krawcowej.

Nie było mnie tu już dłuższy czas. Teoretycznie głównym powodem była moja matura. Kto mnie lepiej zna ten wie, ze uczyłam się raczej w przerwie od oglądania seriali, przeglądania fejsa etc. Wyniki matury to potwierdzają, na szczęście dostałam się na studia które sobie wybrałam.   Udało mi się jednak w tym okresie coś całkiem wartościowego. Projekt, w ramach olimpiady zwolnieni z teorii, potęga pasji. Robiąc go nauczyłam się oczywiście wiele rzeczy i poznałam bliżej osoby które są zafiksowane swoimi pasjami, to zmotywowało mnie do zmian. Na początku musiałam jednak spojrzeć prawdzie w oczy.

Jesienna sesja

Lato w pełni, a u mnie w głowie już jesień. Kombinezon powstał na mój pierwszy mini pokaz mody i jestem z niego bardzo dumna :). Gdy go szyłam myślałam właśnie  o jesieni, chociaż kombinezony kojarzą nam się raczej wakacjami, to moim zdaniem warto mieć w swojej szafie cięższy, bardziej oficjalny.
 Marynarka szyta z wykroju na kamizelkę, po prostu doszyłam do niej rękawy, wyszło... średnio, ale mam nadzieje, ze na zdjęciach tego nie widać ;).



Ma

Drama w III aktach. Jak nie szyć i nie blogować, czyli dwa lata bloga.

Blog istnieje już DWA (!) lata. Jest on idealnym przykładem na to jak nie zakładać bloga i jak nie blogować. Mimo to postanowiłam  go odkopać i walczyć dalej z nie tylko z maszyną, ale również jako blogerka. Dlaczego? Bo sprawia mi to frajdę! Oprócz tego jest motywacją do pokonywania swoich słabości, a mam ich dużo. Pisałam o tym dość niezgrabnie we wcześniejszym poście.  Pomyślałam, że po tym okresie czasu, należy się jakiś poradnik dla potomych jak nie popełnić moich błędów. Choć nie sądzę, że ktoś jest w stanie w trzech aktach tak pięknie pogrążyć się w oczach własnych, znajomych a nawet znajomych,